Jan Gryka, POSZUKIWANIA FORMY MARZANNY MOROZEWICZ.
Wystawa Marzanny Morozewicz w Galerii Białej w Lublinie w czerwcu b.r. była specyficznym zestawem kilku obrazów. Kluczem do ich powstania były dwie formy, które stały się podstawową zasadą konstrukcyjną całego cyklu; obrazy oparte na układzie dwóch formalnych elementów, zwykle geometrycznych, określiły istotę artystycznych poszukiwań ich autorki.
Obrazy zostały pozbawione wszelkich ozdobników i dygresji malarskich. Powstała czysta koncepcja, która jednakże nie jest ani wysuszona, ani sterylna. Postępowanie malarskie zostało podporządkowane zasadniczej konstrukcji. Relacja dwóch form określiła kompozycję obrazów. Środki malarskie zaś ten stan przenosiły, tworząc obrazy o niezwykłej czystości i prostocie.
Wspomniane już dwie formy oprócz tego, że określiły podstawową intencję, stały się też specyficzną treścią, treścią odwołującą się do spuścizny malarstwa europejskiego. Oczywiście ten zamiar nie jest postępowaniem innym niż personalnym czy uniwersalnym. Malarstwo Marzanny Morozewicz jest nad wyraz osobiste i dotykalne. W tym własnym wymiarze dwie formy stają się systemem korespondującym z malarstwem czy sztuką w ogóle. Są one logiczną konsekwencją, wynikającą z kontekstu artystycznego i własnego w nim zakotwiczenia. To z kolei, co jest pewną dozą uniwersalizmu zawartego w konstrukcji dwóch form, zostaje zneutralizowane przez coś tak nieuchwytnego, jak tylko można to sobie wyobrazić, stosując klucz „malarstwa kobiecego”. Wprawdzie jestem daleki od stosowania tego typu kryteriów, ale muszę przyznać, że zarówno konstrukcja płaszczyzn jak również zestawy barwne są tu bardzo specyficzne, subtelne i kobiece zarazem.
Być może taki rodzaj odczytu nieco osłabia ostrość ich odbioru, ale sądzę, że i taka specyficzna warstwa jest możliwa i jest tutaj pewną właściwością języka malarskiego. Język ten z jednej strony jest niezwykle autorski, z drugiej natomiast uniwersalny. Czy to jego specyfika jest na tyle silna i określona, by móc nazwać ją do końca i próbować budować kontekst, w którym znajdzie ono swoje określone miejsce – trudno jest mi powiedzieć, gdyż mimo przeczucia co do niezwykłej wartości tego malarstwa, nie jestem w stanie precyzyjnie określić tego, co się w nim wyraża. W gruncie rzeczy to dość skomplikowana sytuacja, zarówno odczytu, a szczególnie zaś nazwania, określenia jego odstawowych cech wyrazowych. I jest to oczywiście atut tego malarskiego języka, który staje się w tym znaczeniu samoistny i wyzwolony od zbędnych znaczeń i naleciałości, zaświadczając wyłącznie o sobie i malarstwie nade wszystko!
Lublin, Galeria Biała, lipiec 1996.