Magdalena Ujma, GRANICA WIDZIALNOŚCI.
Malarstwo Marzanny Morozewicz jest trudne do opisania. Najlepszym wyjściem dla recenzenta byłoby wysłanie czytelnika na wystawę, by sam mógł ją obejrzeć. A warto, bo ujrzenie tych obrazów sprawia przyjemność. Obcuje się bowiem z malarstwem, które powstało z radości malowania. Mimo to pozostaje ono czymś więcej niźli tylko śladem stanu psychicznego autorki. Wystawa w Galerii Białej nie jest zestawem kilku czy kilkunastu płócien zawieszonych na ścianach. Jest przestrzenią wibrującą energią barw, chociaż nie wszystkie obrazy utrzymane są w nasyconych tonacjach. Przeciwnie, dominują raczej gamy rozjaśnione bądź stłumione.
Gdy myślę o twórczości tej malarki, do głowy przychodzi mi określenie używane przez Edwarda Stachurę. „Życiopisanie” zastąpiłabym jednak „życiomalowaniem”. Dlaczego? Malarstwo to bazuje na sensualności jej autorki: na płótnie został utrwalony ruch dłoni trzymającej pędzel. Ślady zamaszystego malowania przechowuje materialna warstwa obrazów. Faktura prac także została ukształtowana przez witalną energię gestu malarskiego.
Obrazy te stanowią ponadto osobisty i zaszyfrowany zapis stanów wewnętrznych artystki. Odniesienia do życia pozostają bardzo dyskretne. To intuicja podpowiada, że one istnieją.
Prace nie zanurzają się w „bebechowatości”, nie ma w nich cienia histerii, są – mimo często stosowanych dużych formatów – wypowiedzią dyskretną. Nie uciekają przed dyskursywnym myśleniem, ale je przekraczają.
Tak samo jak myślenie ważne jest pozostawanie wobec nich w ciszy, poddanie się ich hipnotycznemu działaniu. Jest to malarstwo pejzażowe w sensie szczególnym – pejzaży wewnętrznych. Stąd zapewne bierze się wybór gamy barwnej. Barwy przecież stoją najbliżej emocji. Stany uczuciowe bywają podkreślane sposobem malowania.
Raz bardzo rzadką farbą, która ścieka z płótna pozostawiając ślady na podkładzie. Innym razem, gęściejszą, kryjącą, ze śladami pędzla.Obrazy Marzanny Morozewicz są jak okna otwarte w inną przestrzeń. Nie istnieje tutaj siła ciążenia, a skupianiem się i rozpierzchaniem materii rządzą inne prawa niż na ziemi.
Wywodzą się one z porządku myśli i emocji. Ich narzędziami są światło o nieokreślonym źródle i kolory. Z nich malarka tworzy własny świat. A raczej to, co ten świat poprzedza. Ze zgęstnień i rozrzedzeń jej malarstwa, z mżawek i ściekań farb i barw wyłaniają się zalążki rzeczy. Obserwujemy proces powstawania form, które na naszych oczach, pozbawione konturu, szukają kształtu. Na dokładkę ten proto – świat jest do tego stopnia nieukończony, niezdecydowany, że nie ma w nim rozróżnienia na to, co w środku i co na zewnątrz. Przestrzeń nie została określona wymiarami ani kierunkami. Można, co prawda powiedzieć, że wewnątrz obrazu nie ma ona granic i rozciąga się wszędzie: u dołu, u góry, na prawo i na lewo, z przodu i z tyłu. Będą to jednak określenia prowizoryczne, bo brakuje języka do opisania takiej, nieuformowanej przestrzeni. Przestrzeń ta raz pozostaje płaska jak deska, nieprzenikniona, głucha w złamanej barwie, innym razem grą przetarć i laserunkowych prześwitów wciąga w migotliwą głębię. Rozrzedza się lub gęstnieje drobinkami nasyconego kolorem światła na wzór skupisk gwiazd w galaktykach. Niekiedy jednak pojawiają się w niej ostre błyski. Nie obowiązuje w tych obrazach rozróżnienie między abstrakcją a konkretem. Stąd właśnie pochodzi wahanie się między różnymi rzeczywistościami przeświecającymi przez warstwy farby. Morozewicz nie opowiedziała się ani za światem rzeczy, sygnalizowanym przez zarysy prawie morskiego krajobrazu, ani za światem idei, wyłaniającym się fragmentami znaków, cyfr, liter.
Wystawa Marzanny Morozewicz w Galerii Białej nazywa się Zbliżenia. Tytuł ten oznaczać może bardzo wiele. Tutaj dotyczy kwestii patrzenia. Oznacza patrzenie pozbawione dystansu do obserwowanego przedmiotu. Utratę ostrości widzenia. W tytule zawarła się być może nieufność artystki do widzialności, pragnienie, by ją przekroczyć. Gdy jest się za blisko to, co jest obserwowane, staje się zamazane, bardziej się je wyczuwa niż widzi.
Paradoksalnie, gdy się zbyt intensywnie patrzy, można przestać widzieć. Obrazy ze Zbliżeń mogą być efektem takiego zapatrzenia, tak silnego, że aż zaczyna wirować świat dookoła.
Gdy wir ustaje, zanika obraz, zacierają się kontury rzeczy widzianych, pozostają niewyraźne, barwne plamy światła, dążące do szarości. Mimo, że płótna tej artystki są barwne, to jednak swym zniuansowaniem skłaniają się ku szaremu światłu.
Jednak chęci przebicia powłoki widzialności towarzyszy fascynacja wizualną stroną świata. Stąd malarstwo Marzanny Morozewicz jest zarazem uduchowione i zmysłowe. Mgławicowa przestrzeń jej obrazów staje się nieprzeniknioną barierą widzialności. Artystka dociera do niej, ale przywiązanie do malarstwa nie pozwala jej na krok radykalny. Byłoby nim zaprzestanie malowania. Wyciąga z tego wnioski. Pragnie usunąć się w cień obrazów. Nie tracąc z oczu przepychu wizualności, pragnie malować idee.
Marzanna Morozewicz, Zbliżenia, Galeria Biała, Lublin, 13 października – 13 listopada 1998;
Tekst został opublikowany w kwartalniku literackim KRESY nr 36, 4/1998.