Grzegorz Borkowski, MOŻLIWOŚCI MALARSTWA (CZYLI MM).
Przyznać trzeba – raczej z ostrożnym optymizmem niż sarkazmem – że współczesne malarstwo jest w naprawdę ciekawej sytuacji. Pamiętamy przy tym, jak wiele groźnej prawdy zawiera wschodnie życzenie – obyś żył w ciekawych czasach. Malarstwo trafiło obecnie do swego rodzaju czyśćca, przechodzi próbę ognia – rywalizacji z obfitością efektownych postaci wizualnego języka współczesności – i próbę wody – lekceważenia i zarzutów, że jest jedynie reliktem przeszłości. Miniona ranga tej dziedziny sztuki, jeszcze nie tak dawno najwyższa, działa raczej jak wyrzut sumienia niż zachęta do jej przywrócenia.
Ale stan braku ogólnej akceptacji mobilizuje jednocześnie najbardziej zdeterminowane osoby do prób oczyszczenia formuły malarstwa z elementów, które w bardziej przekonującej postaci wyrażane są przez media nowsze. W wielu kierunkach prowadzone są indywidualne poszukiwania walorów, jakie tylko malarstwo jest w stanie ujawnić, zrealizować i rozwinąć.
Nie jest jeszcze przesądzony rezultat ewolucji na tym polu, dlatego innowacyjne fermenty w malarstwie odznaczają się żarliwością, jakiej nie widać w wielu innych mediach.
Inwencja zawarta w wielu pracach Marzanny Morozewicz ujawnia znaczenie i specjalną wymowę podłoża, na którym powstają. Kieruje to uwagę ku zagadnieniu, które wystąpiło już w malarstwie w najdawniejszej przeszłości, gdy powstawało na ścianach.
Obrazy malowane na ścianach przemawiają nie tylko sobą, ale i miejscem swojej obecności, z którym są zrośnięte. Nie dysponują wolnością malarstwa sztalugowego, gotowego zawsze (z założenia) do przenosin. Obrazy ścienne przyjęły związek z wybranym podłożem i otoczeniem, zostały w nie wpisane, ale i otoczenie wkomponowało się w ich przekaz. Już od momentu wyboru miejsca, gdzie ma powstać, malarstwo ścienne realizuje, niezależnie od cech formalnych, inną od malarstwa sztalugowego formułę obecności w świecie. Formułę opartą na współdziałaniu z określonym momentem rzeczywistości zastanej: ścianą, wnętrzem, budowlą.
A obrazy, których podłożem nie jest ściana, lecz ciało osoby, która je maluje? Przy całej paradoksalności porównania obrazy na powierzchni i ciała, i ściany są w podobny sposób odległe od tych powstałych na płótnie. Powierzchnia ciała człowieka i powierzchnia ściany to zastane konkrety z własnymi wiązkami znaczeń, rejestrami form i biografiami. Jakikolwiek znak na takim podłożu zyskuje nowe dla siebie treści.
Jeżeli nie sposób pokrywać swe ciało coraz to innymi obrazami, to można tworzyć je na przestrzennych replikach jego fragmentów, jakby na tego ciała łuskach. Natura związków obrazu z ciałem, tym niewymiennym, choć zmiennym konkretem, będzie zachowana.
Oprócz tego, że musimy jeść, jesteśmy ciałami, by móc się komunikować (na wiele sposobów). Oprócz tego, że nakładamy odzież na nasze ciała, możemy na nich kreować obrazy. Na razie możliwość tworzenia malarstwa na własnym ciele pozostawiliśmy ludziom z kultur „archaicznych”. I przyjdzie nam chyba pozazdrościć im tego luksusu. Dopóki jesteśmy cieleśni, jest sens o tym pomyśleć.
Tekst został opublikowany w katalogu wystawy: MM, Galeria Arsenał, Białystok 2002;